Rok 1984 - Część pierwsza
klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Nie potrzebowała mu wyjaśniać, dlaczego zawinęła tę paczkę: jej aromat od razu wypełnił pokój. Wonny, intensywny zapach kojarzył się Winstonowi z najwcześniejszym dzieciństwem, choć i teraz czasem zdarzało mu się go czuć - dochodził na przykład z głębi mijanej klatki schodowej, dopóki nagle nie zatrzaśnięto drzwi, albo unosił się tajemniczo na zatłoczonej ulicy; wąchało się go przez chwilę, po czym raptem nikł.

- Kawa - szepnął. - Prawdziwa kawa!
- Kawa Wewnętrznej Partii. Przyniosłam cały kilogram.
- Jak zdobyłaś te skarby?
- Członkowie Wewnętrznej Partii mają wszystkiego w bród. Tym świniom niczego nie brakuje, dosłownie niczego. Ale kelnerzy, służba i inni zawsze coś tam podkradają, więc... Patrz, mam nawet trochę herbaty.

Winston już dobrą chwilę temu przykucnął obok Julii. Rozerwał róg paczuszki.
- Prawdziwa herbata! Nie liście jeżyn!
- Ostatnio jest sporo herbaty. Pewnie zdobyli Indie czy coś w tym rodzaju - oświadczyła. - Poczekaj, kochany. Odwróć się i nie patrz na mnie przez kilka minut. Usiądź po drugiej stronie łóżka. Tylko nie podchodź zbyt blisko okna. I nie oglądaj się, dopóki ci nie powiem.

Winston zapatrzył się w muślinową firankę. Na podwórzu kobieta o czerwonych ramionach wciąż dreptała między balią i sznurem z bielizną. Wyjęła z ust kolejne dwa drewniane spinacze i zaśpiewała z przejęciem:

Mówią, że czas leczy rany,
Wszystko w niepamięć odpływa;
Lecz moje serce wciąż szlocha żałośnie,
Gdy wspomnienie sprzed lat w nim odżywa!

Najwyraźniej znała na pamięć całą szmatławą piosnkę. Jej głos - melodyjny, przepojony jakby pogodną melancholią - wzbijał się do góry wraz z wonnym letnim powietrzem. Odnosiło się wrażenie, że byłaby zupełnie szczęśliwa, gdyby ten czerwcowy wieczór trwał wiecznie, a góra prania nigdy się nie kończyła, i gdyby przez następne tysiące lat mogła rozwieszać pieluszki i wyśpiewywać bzdury. Pomyślał z zaskoczeniem, że nigdy nie słyszał, aby członek Partii śpiewał coś spontanicznie sam jeden. Byłoby to wręcz nieprawomyślne i pewnie uznane za oznakę niebezpiecznej ekscentryczności, podobnie jak mówienie na głos do siebie. Czyżby tylko ludzie żyjący na granicy ubóstwa mieli ochotę śpiewać?

- Możesz się odwrócić! - zawołała Julia.
Kiedy na nią spojrzał, w pierwszej chwili prawie jej nie poznał. Spodziewał się, że zobaczy dziewczynę nagą. Tymczasem zmiana, jaka nastąpiła, była znacznie bardziej niezwykła.

Julia się umalowała.

Zapewne wstąpiła ukradkiem do jakiegoś sklepu w dzielnicy dla proli i kupiła sobie zestaw kosmetyków. Usta miała ciemnoczerwone, na policzkach róż, nos przypudrowany; nawet oczy podkreśliła czymś, co sprawiło, że wydawały się jaśniejsze. Makijaż wykonała dość nieudolnie, ale też Winston nie był żadnym znawcą. Dotychczas nigdy nie widział i nawet sobie nie potrafił wyobrazić partyjniaczki z umalowaną twarzą. Przemiana, jaka się w Julii dokonała, była wprost niesamowita. Za pomocą zaledwie kilku pociągnięć w odpowiednich miejscach stała się nie tylko znacznie ładniejsza, lecz przede wszystkim znacznie bardziej kobieca. Jej krótka fryzura i chłopięcy kombinezon jedynie potęgowały to wrażenie. Gdy brał ją w ramiona, poczuł sztuczny zapach fiołków. Przypomniał mu się półmrok sutereny i czarna jama w twarzy prostytutki. Używała tych samych perfum, ale wcale mu to nie przeszkadzało.

- Nawet perfumy! - wykrzyknął.
- Tak, najdroższy, nawet perfumy. I wiesz, co jeszcze zrobię? Zdobędę jakoś prawdziwą babską sukienkę i będę ją nosić zamiast tych cholernych gaci. Włożę jedwabne pończochy i pantofle na wysokich obcasach! W tym pokoju będę kobietą, a nie towarzyszką partyjną!

Zrzucili z siebie ubrania i położyli się na ogromnym mahoniowym łożu. Winston po raz pierwszy rozebrał się całkiem do naga w obecności Julii. Dotychczas zbyt się wstydził swojego bladego, mizernego ciała, żylaków na łydkach i fioletowej plamy nad kostką. Nie mieli prześcieradła, lecz wytarte koce, na których spoczywali, były gładkie w dotyku, a rozmiary i sprężystość łóżka wprawiały ich oboje w zdumienie.

- Pewnie aż roi się od pluskiew, ale co tam! - zawołała Julia.
Podwójnych łóżek w ogóle się nie widywało, chyba że w domach proli. W dzieciństwie Winston sypiał czasami w takim łóżku; Julia - z tego, co pamiętała - nigdy.

Wkrótce oboje zapadli w drzemkę. Kiedy Winston się zbudził, wskazówki zegara zbliżały się do dziewiątej. Leżał bez ruchu, ponieważ Julia spała z głową opartą na jego ramieniu. Starł jej się prawie cały makijaż, pozostawiając ślady na poduszce i twarzy Winstona, lecz resztka różu wciąż jeszcze podkreślała piękno kości policzkowych.

Złote promienie zachodzącego słońca padały na skraj łóżka i kominek, oświetlając garnek, w którym bulgotała woda. Prolka na podwórzu przestała śpiewać, ale z uliczki nadal dobiegały przytłumione krzyki bawiących się dzieci. Winston zaczął się zastanawiać, czy w wymazanej przeszłości leżenie w łóżku w chłodzie letniego wieczoru było czymś normalnym; czy kobieta i mężczyzna mogli leżeć tak razem nago, kochać się, kiedy tylko zapragną, rozmawiać, o czym tylko chcą, nie czując żadnej potrzeby, aby wstać - czy wolno im było po prostu tak leżeć i słuchać cichych dźwięków płynących zza okna? Chyba niemożliwe, żeby taka słodka bezczynność była kiedykolwiek dozwolona! Julia obudziła się, przetarła oczy i unosząc się na łokciu spojrzała na prymus.

- Połowa wody się wygotowała - stwierdziła. - Zaraz wstanę i zrobię nam kawy. Mamy godzinę. O której gaszą światło w twoim bloku? :
- O dwudziestej trzeciej trzydzieści.
- U mnie w hotelu punkt dwudziesta trzecia. Ale wszystkie musimy wracać sporo wcześniej, bo... Ojej! A masz, ty obrzydliwa bestio!

Nagle wychyliła się z łóżka, chwyciła z podłogi but i rzuciła w róg pokoju tym samym chłopięcym ruchem ramienia, jakim podczas Dwóch Minut Nienawiści na oczach Winstona cisnęła słownik w podobiznę Goldsteina.
- Co to było? - spytał zaskoczony.
- Szczur. Wystawił swój śmierdzący nos zza listwy. Na pewno jest tam dziura. Przynajmniej napędziłam mu pietra!
- Szczury - szepnął Winston. - Tutaj!
- Są wszędzie - powiedziała obojętnie Julia, kładąc się z powrotem. - W hotelu robotniczym mamy je w kuchni. Część dzielnic Londynu aż się od nich roi. Wiesz, że atakują dzieci? Na niektórych ulicach kobiety boją się zostawiać niemowlę bez opieki nawet na minutę. Najgorsze są te wielkie i brunatne. A najpotworniejsze jest to, że...
- Przestań!- zawołał Winston, zaciskając mocno oczy.
- Najdroższy, strasznie zbladłeś! Co się stało? Masz alergię na szczury?
- Szczury to najohydniejsze, co może być na świecie!

Przytuliła go do siebie i otoczyła ramionami, jakby chcąc rozproszyć jego lęki ciepłem swojego ciała. Nie od razu otworzył oczy. Przez kilka chwil zdawało mu się, że znów powrócił koszmarny sen, który prześladował go przez całe życie w różnych odstępach czasu. Prawie zawsze był taki sam. Przed Winstonem jawiła się mroczna jama, a w niej czaiło się coś tak przerażającego i obrzydliwego, że bał się nawet spojrzeć. We śnie cały czas czuł, że oszukuje sam siebie, bo podświadomie wie, co kryje się w ciemnościach. Gdyby zdobył się na prawdziwie wielki wysiłek, tak brutalny, jakby chciał sam rozsadzić sobie czaszkę, zdołałby odkryć, co to takiego. Lecz za każdym razem budził się nie uczyniwszy tego; koszmar jednak miał jakiś związek z tym, co mówiła Julia, kiedy na nią krzyknął.
- Przepraszam - rzekł. - Nic się nie stało. Po prostu nie lubię szczurów.
- Nie martw się, najdroższy, już ich więcej nie ujrzysz. Przed wyjściem zatkam otwór kawałkiem worka. A następnym razem przyniosę gips i porządnie wszystko zaklajstruję.

Już prawie zapomniał o swoim panicznym strachu. Lekko zawstydzony usiadł na łóżku. Julia wstała, włożyła kombinezon i zaparzyła kawy. Z garnka unosił się tak silny, wspaniały aromat, że zamknęli okno, aby przypadkiem nie poczuł go ktoś obcy i nie zaczął sprawdzać, skąd dochodzi. Jeszcze lepsza od samego smaku kawy była jedwabistość, jaką nadawał jej cukier - coś, czego Winston, po latach używania sacharyny, niemal nie pamiętał. Z jedną ręką w kieszeni, a w drugiej trzymając pajdę chleba z dżemem, Julia obeszła pokój; zerknęła obojętnie na regał z książkami, obejrzała rozkładany stół i powiedziała, jak najlepiej go naprawić, opadła na fotel, żeby sprawdzić, czy siedzi się w nim wygodnie, wreszcie z ciekawością i rozbawieniem popatrzyła na zegar z absurdalną dwunastocyfrową tarczą.

Potem przyniosła do łóżka szklany przycisk, chcąc obejrzeć go w lepszym świetle. Winston wyjął go jej z rąk, jak zawsze zauroczony miękką wodnistością szkła.
- Jak myślisz, do czego to służy? - spytała Julia.
- Do niczego; chyba nigdy nie miało żadnego zastosowania. I właśnie dlatego tak mi się podoba. To kawałek dawnej historii, który zapomnieli zmienić. Przesłanie sprzed stu lat; gdybyśmy tylko umieli je odczytać!
- A ten obrazek - wskazała głową rycinę na przeciwległej ścianie - też ma tyle lat?
- Więcej. Sądzę, że dwieście. Ale trudno odgadnąć. Nie wiadomo, co pochodzi z jakiego okresu. Podeszła, żeby obejrzeć rycinę z bliska.
- O, to tędy wylazła ta bestia! - zawołała, kopiąc listwę dokładnie pod obrazkiem. - Co to za budynek? Gdzieś go chyba widziałam.
- To kościół, a przynajmniej niegdyś był to kościół. Kościół Świętego Klemensa.
Przypomniał mu się strzęp wierszyka, którego nauczył go pan Charrington.

Wyrecytował tęsknie:
- "Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa!" Ku jego zaskoczeniu, dodała:

Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina,
Zaraz złapią złodzieja, ryczą dzwony Baileya...

Dalej nie wiem. Pamiętam tylko sam koniec: "Oto ciastko, możesz zjeść połowę, a oto topór, który zetnie ci głowę!" Niczym hasło i odzew. Ale po "dzwony Baileya" powinna być jeszcze jedna linijka. Może uda się jakoś ożywić pamięć pana Charringtona, by ją sobie przypomniał.
- Kto cię tego nauczył? - zapytał.
- Dziadek. Powtarzał mi ten wierszyk, kiedy byłam mała. Ale gdy miałam osiem lat, staruszka chyba ewaporowano. W każdym razie nagle znikł. Ciekawe, co to takiego cytryny - dodała zmieniając temat. - Pomarańcze widziałam. To takie okrągłe żółtawe owoce z grubą skórką.
- Pamiętam cytryny - rzekł Winston. - W latach pięćdziesiątych było ich pod dostatkiem. Tak kwaśne, że od samego zapachu zęby cierpły.
- Założę się, że za tym obrazkiem gnieżdżą się pluskwy. Któregoś dnia zdejmę go i porządnie wyszoruję. Chyba już czas się zbierać. Muszę zmyć makijaż. Szlag by to trafił! Tobie też wytrę dokładnie twarz.

Winston nie wstawał jeszcze przez kilka minut. W pokoju powoli się ściemniało. Odwrócił się twarzą do światła i leżał tak wpatrzony w szklany przycisk. Fascynował go nie tyle koral w środku, ile sama faktura szkła. Było niemal tak przejrzyste jak powietrze, chociaż miało w sobie dziwną głębię. Zupełnie jakby powierzchnia szkła tworzyła łuk nieba otaczającego maleńki świat z własną atmosferą. Wydawało mu się, że potrafiłby przeniknąć do wnętrza, a właściwie, że już tam jest razem z mahoniowym łóżkiem, rozkładanym stołem, zegarem, stalorytem, a także z samym przyciskiem. Przycisk stał się tym pokojem, a koral życiem jego i Julii, zawieszonym jakby na wieczność w sercu szklanej bryłki.

5

Syme znikł. Pewnego dnia nie przyszedł do pracy; kilka nierozważnych osób skomentowało fakt jego nieobecności. Nazajutrz już nikt o nim nie wspominał. Trzeciego dnia Winston zatrzymał się przed tablicą ogłoszeń na korytarzu przy wejściu do Departamentu Archiwów.

Wisiała tam między innymi lista członków Komitetu Szachowego, do którego należał Syme. Wyglądała prawie tak samo jak zawsze - nic z niej nie wykreślono - tylko była o jedno nazwisko krótsza. To wystarczyło. Syme przestał istnieć: nigdy nie istniał.

Lato robiło się coraz skwarniejsze. W labiryncie pozbawionych okien, klimatyzowanych pomieszczeń ministerstwa panowała niezmiennie ta sama temperatura, ale na zewnątrz płyty chodników paliły w stopy, a w metrze w godzinach szczytu przeraźliwie cuchnęło. Przygotowania do Tygodnia Nienawiści szły pełną parą; urzędnicy wszystkich ministerstw pracowali po godzinach. Trzeba było zorganizować pochody, zebrania, defilady wojskowe, wykłady, wystawy figur woskowych, pokazy filmów, programy teleekranowe; należało wznieść trybuny, poustawiać kukły wrogów, ułożyć odpowiednie hasła, napisać pieśni, rozpuścić pogłoski, podrobić fotografie.

Komórka Departamentu Literatury, w której pracowała Julia, musiała zawiesić produkcję powieści i w błyskawicznym tempie przygotować serię broszur o zbrodniach wojennych nieprzyjaciela. Winston, oprócz swojej zwykłej pracy, długimi godzinami przekopywał się przez stare roczniki "The Times", poprawiając treść artykułów, na które zamierzano się powołać w przemówieniach, lub zmieniając ich styl na bardziej kwiecisty. Całe miasto ogarnął gorączkowy nastrój, co czuło się zwłaszcza późnym wieczorem, gdy na ulice wylęgały tłumy hałaśliwych proli. Pociski rakietowe spadały znacznie częściej, a czasami z oddali dobiegał huk potwornych detonacji, których przyczyny nikt nie znał; krążyły o nich najdziwaczniejsze pogłoski.

Skomponowano już melodię - muzyczny motyw przewodni Tygodnia Nienawiści (nazywała się Pieśnią Nienawiści) - i teraz bez przerwy grzmiała z teleekranów. Jej dziki, warczący rytm bardziej kojarzył się z dudnieniem werbli niż z prawdziwą muzyką. Wywrzaskiwana przez setki gardzieli w takt kroków maszerującej kolumny, zaiste miała w sobie coś przerażającego. Prole podchwycili ją natychmiast i w nocy z powodzeniem konkurowała z wciąż popularnym przebojem "To był tylko chwilowy urok". Winston ledwo mógł wytrzymać, bo dzieci Parsonsów wygrywały ją o każdej porze dnia i nocy na grzebieniu przykrytym skrawkiem papieru toaletowego.

Wieczory miał teraz ciągle zajęte. Drużyny ochotników, zorganizowane przez Parsonsa, przygotowywały całą ulicę do Tygodnia Nienawiści: rozmieszczając transparenty, malując plakaty, mocując na dachach maszty do wywieszania flag i z narażeniem życia rozciągając nad jezdnią druty do zaczepiania serpentyn. Parsons chwalił się, że na dekorację samego Bloku Zwycięstwa pójdzie czterysta metrów płótna. Był w swoim żywiole, wesoły jak szczygieł. Upał i praca fizyczną dały mu nareszcie pretekst, by wieczorami paradować w szortach i rozpiętej pod szyją koszuli. Wszędzie było go pełno: pchał, ciągnął, piłował, wbijał gwoździe, poprawiał, koleżeńskimi okrzykami zachęcał sąsiadów do większego wysiłku i z każdej fałdy skóry tryskał nie kończącymi się strugami jadowicie cuchnącego potu.

Nagle cały Londyn oblepiono nowym plakatem. Nie miał żadnych napisów, a przedstawiał tylko gigantyczną, ponadtrzymetrową sylwetkę maszerującego eurazjatyckiego żołnierza; mongolska twarz bez wyrazu, ogromne buciory, na biodrze pistolet maszynowy. Gdziekolwiek się stało, lufa pistoletu powiększona przez skrót perspektywiczny celowała prosto w patrzącego. Plakaty porozlepiano dosłownie na wszystkich murach; było ich nawet więcej niż tych z podobizną Wielkiego Brata. Starano się rozniecić w prolach, których zwykle mało obchodziła wojna, kolejny szał patriotyzmu. Nienawiść podsycały także pociski rakietowe, zbierające krwawsze żniwo niż zazwyczaj. Jedna bomba spadła na zatłoczone kino w Stepney - kilkaset osób zginęło w gruzach.

W wielogodzinnym pogrzebie ofiar, który przerodził się w gniewną manifestację, uczestniczyli wszyscy mieszkańcy dzielnicy. Inna bomba spadła na pusty teren służący za plac zabaw; śmierć poniosło kilkadziesiąt dzieci. Odbył się następny pochód: ludzie, manifestując swoje oburzenie, spalili kukłę Goldsteina, pozdzierali i cisnęli w płomienie setki plakatów z eurazjatyckim żołnierzem, a podczas ogólnego zamieszania splądrowano kilka sklepów. Później rozeszła się pogłoska, że to szpiedzy nakierowują bomby przy pomocy fal radiowych, spalono więc dom starego małżeństwa, które podejrzewano o cudzoziemskie pochodzenie; staruszkowie zaczadzieli od dymu.

Każdą wolną chwilę Julia i Winston spędzali w pokoju nad sklepem pana Charringtona, leżąc nago na łóżku pod otwartym oknem; tak spragnieni byli odrobiny chłodu, że przez myśl im nie przeszło okrywać się kocem. Szczur więcej się nie pojawił, lecz za to w upale straszliwie rozpleniły się pluskwy. Jednakże Julii i Winstonowi to nie przeszkadzało. Brudny czy czysty, pokój był dla nich rajem. Zaraz po przyjściu wysypywali wszystko pieprzem kupionym na czarnym rynku, ściągali z siebie ubranie i zaczynali się kochać, choć pot lał się z nich strumieniami. Potem zasypiali, a ledwo się budzili, musieli odpierać zmasowane ataki nowych armii robactwa.

W czerwcu spotkali się w sumie cztery, pięć, sześć - nie, siedem razy. Winston skończył z popijaniem dżinu o każdej porze. Nie czuł więcej potrzeby. Przytył, opuchlizna na nodze opadła, pozostawiając jedynie brunatne znamię nad kostką, a poranne ataki kaszlu ustąpiły zupełnie. Życie przestało być nieznośne; odeszła go ochota, by robić miny do teleekranu albo kląć ile tchu w piersiach. Teraz, gdy mieli bezpieczną kryjówkę, nieomal dom, nie ciążyło mu tak bardzo to, że spotykają się rzadko i najwyżej na kilka godzin. Świadomość, iż czeka na nich pokój, do którego nikt inny nie ma dostępu, była nieomal równie przyjemna jak przebywanie w nim.

Pokój wydawał się minionym światem, skansenem przeszłości, w którym mogą bytować gatunki dawno wymarłe gdzie indziej. Pan Charrington zapewne również należał do takiego gatunku. W drodze na piętro Winston zwykle wstępował do sklepu, żeby zamienić z gospodarzem kilka słów. Starszy pan chyba nigdy lub prawie nigdy nie opuszczał sklepu; chyba nigdy też nie miewał klientów. Żył krążąc jak duch między niewielkim mrocznym sklepem a jeszcze mniejszą kuchnią na tyłach domu, gdzie przygotowywał sobie posiłki i gdzie pośród innych rzeczy przechowywał nieprawdopodobnie stary gramofon z olbrzymią tubą.

Rozmowa z Winstonem zawsze sprawiała mu wyraźną przyjemność. Długonosy, w grubych szkłach i wytartej aksamitnej marynarce, kręcąc się pośród swoich bezwartościowych sprzętów robił wrażenie nie tyle handlarza, ile kolekcjonera. Z wyblakłym entuzjazmem brał do ręki różne rupiecie - porcelanowy korek, malowane wieczko zepsutej tabakierki, otwierany tombakowy medalion z puklem włosów dawno zmarłego dziecka - nigdy nie namawiając Winstona, aby coś kupił, jedynie prosząc, by podziwiał. Słuchało go się jak zdartej pozytywki. Wygrzebywał z otchłani pamięci strzępy zapomnianych wierszy. Jeden był o dwudziestu czterech kosach, inny o krowie z zakręcanym rogiem, jeszcze inny o śmierci biednego drozda. "Pomyślałem, że może to pana interesować" - informował uśmiechając się z zawstydzeniem, ilekroć przytaczał jakiś nowy fragment. Ale nigdy nie pamiętał więcej niż kilka linijek.

Winston i Julia wiedzieli - w pewnym sensie myśl ta nigdy ich nie opuszczała - że to, co się dzieje, nie może trwać wiecznie. Były chwile, kiedy swoją rychłą śmierć czuli nie mniej namacalnie niż łóżko, na którym leżeli, a wówczas ich pieszczoty stawały się rozpaczliwie namiętne, jakby od egzekucji dzieliły ich zaledwie sekundy. Ale zdarzało się i tak, że wierzyli nie tylko w iluzję bezpieczeństwa, lecz również w trwałość swojego szczęścia. Obojgu wydawało się wówczas, że dopóki są w pokoju nad sklepem, nic im nie grozi. Samo dojście do niego jest trudne i ryzykowne, lecz tu znajdują azyl. Winston miał identyczne wrażenie, kiedy wpatrywał się w przycisk; myślał wtedy, że gdyby tylko udało mu się przeniknąć do środka, czas stanąłby w miejscu.

Często uciekali od rzeczywistości w marzenia. Szczęście nigdy ich nie opuści i będą spotykać się tak ukradkiem aż do późnej starości. Albo Katherine umrze, a im dzięki subtelnym intrygom uda się zawrzeć małżeństwo. Albo wspólnie popełnią samobójstwo. Lub nagle znikną, zmienią całkowicie swój wygląd, zaczną mówić z akcentem proli, najmą się do pracy w fabryce i - nie wykryci - będą żyli szczęśliwie na którejś z sąsiednich uliczek. Wiedzieli, że to mrzonki. Bo tak naprawdę nie istniał dla nich ratunek. A jedynego realnego pomysłu - wspólnego samobójstwa - nie mieli zamiaru wprowadzać w czyn. Żyć nawet tak, z dnia na dzień i z tygodnia na tydzień, wciąż w teraźniejszości i bez żadnych widoków na przyszłość, nakazywał im instynkt równie niemożliwy do przezwyciężenia jak ten, który wprawia w ruch płuca, dopóki w powietrzu jest choć odrobina tlenu.

Czasami rozmawiali także o czynnym buncie przeciwko Partii, ale nie mieli pojęcia, jak się zabrać do działania. Jeśli nawet legendarne Braterstwo istniało, zupełnie nie wiedzieli, jak nawiązać z nim kontakt. Winston opowiedział Julii o dziwnej zażyłości, prawdziwej lub urojonej, łączącej go z O'Brienem, oraz o impulsie, który go czasem nachodził, aby pójść do niego, wyznać swoją nienawiść wobec Partii i prosić o pomoc. Wbrew oczekiwaniom Winstona, dziewczynie pomysł ten wcale nie wydał się niedorzeczny. Sama zwykle oceniała ludzi po wyglądzie, więc uważała za rzecz całkiem naturalną, że uznał O'Briena za człowieka godnego zaufania tylko na podstawie wymiany spojrzeń.

Zdaniem Julii - a nic nie mogło zachwiać jej pewności - każdy lub prawie każdy skrycie nienawidzi Partii i gotów jest łamać prawo, jeśli tylko sądzi, iż ujdzie mu to bezkarnie. Ale nie chciała dać wiary temu, że działa lub mógłby powstać masowy, zorganizowany ruch oporu. Opowieści o Goldsteinie i jego podziemnej armii były - w jej opinii - plotkami wymyślonymi przez Partię dla własnych celów; należało udawać, że się w nie wierzy, ale to wszystko. Sama, na zebraniach partyjnych i spontanicznych manifestacjach, bezustannie domagała się gromkim głosem śmierci ludzi, których nazwisk nigdy wcześniej nie słyszała, a w rzekomo popełnione przez nich zbrodnie wcale nie wierzyła.

Kiedy odbywały się publiczne procesy, często odkomenderowywano ją wraz z innymi członkami Ligi Młodych, aby od rana do wieczora sterczeli przed gmachem sądów, co pewien czas wykrzykując: "Śmierć zdrajcom!" Podczas Dwóch Minut Nienawiści zawsze z największym zapałem obrzucała obelgami Goldsteina. Miała jednak bardzo nikłe pojęcie, kto to taki i jakie doktryny ma niby reprezentować. Wyrosła już po Rewolucji i była za młoda, żeby pamiętać walki ideologiczne lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Możliwość istnienia niezależnego ruchu politycznego w ogóle nie mieściła jej się w głowie; wiedziała, że Partia jest niepokonana. Będzie trwać wiecznie i nigdy się nie zmieni. Bunt mógł polegać jedynie na skrytym łamaniu prawa lub - w najskrajniejszej postaci - na pojedynczych aktach przemocy, takich jak zamachy lub podkładanie bomb.

Jednakże na wiele spraw Julia patrzyła znacznie bardziej przenikliwie od Winstona i była mniej od niego podatna na partyjną propagandę. Kiedy pewnego razu wspomniał o wojnie z Eurazją, zaskoczyła go, mówiąc jako rzecz oczywistą, że jej zdaniem żadnej wojny nie ma. Pociski rakietowe spadające codziennie na Londyn wystrzeliwał, według niej, sam rząd Oceanii, aby "utrzymywać ludzi w ciągłym strachu". Tego rodzaju podejrzenia nigdy nie przyszły Winstonowi do głowy. Wzbudziła w nim też niemałą zazdrość wyznaniem, że podczas Dwóch Minut Nienawiści musi się hamować, aby nie parsknąć śmiechem, lecz ideologię Partii kwestionowała jedynie wówczas, kiedy bezpośrednio dotyczyła jej życia.

Często gotowa była akceptować oficjalne mity, gdyż po prostu nie robiło jej różnicy, czy są prawdą, czy kłamstwem. Wierzyła na przykład, bo tego nauczono ją w szkole, jakoby to Partia wynalazła samoloty. (Za lat szkolnych Winstona twierdzono, że Partia wynalazła tylko helikoptery; kilkanaście lat później, gdy Julia chodziła do szkoły, Partia wynalazła już samoloty; następne pokolenie będzie się zapewne uczyć, że także maszynę parową.) Kiedy jej wyjaśnił, iż samoloty latały przed jego urodzeniem i w ogóle na długo przed Rewolucją, wcale się tym nie przejęła. Co za różnica, kto wynalazł samoloty? Zdumiał się jeszcze bardziej, gdy z jakiejś jej uwagi zorientował się, że nie pamięta, iż cztery lata temu Oceania toczyła wojnę ze Wschódazją, a z Eurazją łączył ją sojusz. Wprawdzie Julia uważała całą wojną za jedną wielką blagę, ale najwyraźniej nie dostrzegła, że tymczasem zmieniono nieprzyjaciela.

- Myślałam, że zawsze prowadziliśmy wojnę z Eurazją - przyznała.
To go przeraziło. Samolot wynaleziono na wiele lat przed jej urodzeniem, lecz zmiana sojuszy nastąpiła zaledwie cztery lata temu, gdy Julia była już dorosłą kobietą. Przekonywał ją prawie kwadrans, aż wreszcie zaczęło się jej jakby przypominać, że kiedyś istotnie wrogiem była nie Eurazja, lecz Wschódazja. Jednakże w dalszym ciągu uważała to za fakt bez znaczenia.
- Co za różnica? - zniecierpliwiła się. - Ten wróg czy inny, ta zasrana wojna nigdy nie ustaje! A każdy wie, że gazety kłamią!

Czasami Winston mówił o swojej pracy w Departamencie Archiwów i o bezwstydnych fałszerstwach, których dokonywał. Julii wcale nie napawało to grozą. Na myśl o tym, że kłamstwa stają się prawdą, bynajmniej nie ogarniało jej uczucie, iż pod jej stopami otwiera się otchłań. Kiedy opowiedział o Jonesie, Aaronsonie, Rutherfordzie i niezwykłym skrawku gazety, który niegdyś dostał się w jego ręce, w pierwszej chwili nawet nie zrozumiała, o co mu chodzi.

- Byli twoimi przyjaciółmi? - spytała.
- Nie, w ogóle ich nie znałem. Należeli do Wewnętrznej Partii. Poza tym byli znacznie starsi ode mnie. Przedstawiciele starej gwardii, jeszcze sprzed Rewolucji. Widziałem ich zaledwie kilka razy w życiu.
- Więc dlaczego tak się nimi przejąłeś? Ludzie przecież wciąż giną, nie?

Usiłował jej wytłumaczyć.
- To była wyjątkowa sprawa. Nie chodzi wyłącznie o to, że znów kogoś zabito. Czy nie rozumiesz, że cała przeszłość, poczynając już od dnia wczorajszego, jest systematycznie niszczona? Jeśli cokolwiek z niej przetrwało, to jedynie garść niemych przedmiotów, takich jak ten kawał szkła. Już dziś nie wiemy właściwie nic o Rewolucji i czasach ją poprzedzających. Każdy dokument zniszczono lub sfałszowano, każdą książkę napisano od nowa, każdy obraz przemalowano, zmieniono nazwy wszystkich pomników, ulic, budynków, przerobiono daty. Proces ten trwa co dzień i w każdej minucie. Zatrzymano historię. Istnieje tylko nieograniczona teraźniejszość, w której Partia zawsze ma rację. Wiem, że fałszuje się przeszłość, ale nie potrafiłbym tego udowodnić, nawet w wypadku fałszerstw, których sam dokonałem. Nie zostają żadne ślady. Jedynym świadectwem jest moja pamięć, ale czy oprócz mnie ktoś jeszcze pamięta prawdę? Tylko ten jeden raz w całym moim życiu trzymałem w ręku niepodważalny dowód fałszerstwa, i to sprzed wielu, wielu lat! .

- I co ci to dało?
- Nic, bo zaraz wyrzuciłem ten świstek. Gdyby sytuacja ta powtórzyła się dzisiaj, schowałbym.
- A ja nigdy! - zawołała Julia. - Gotowa jestem ryzykować, tylko wtedy jednak, gdy chodzi o sprawę naprawdę ważną, a nie o strzęp starej gazety! Co byś z nim zrobił?
- Pewnie nic. Ale miałbym dowód. Gdybym się odważył pokazać go paru osobom, może udałoby mi się wzbudzić w nich wątpliwości. Nie sądzę, abyśmy zdołali zmienić cokolwiek za naszego życia. Chociaż mogę sobie wyobrazić, jak powstają małe, rozsiane grupki oporu, które łączą się, stają coraz liczebniejsze, a nawet zostawiają po sobie jakieś papiery, zapiski, żeby następne pokolenia kontynuowały ich dzieło.
- Kochany, nie obchodzą mnie następne pokolenia! Mnie chodzi o nas dwoje!
- Jesteś buntownikiem tylko od pasa w dół - stwierdził.
Uznała to za wyjątkowo zabawne i z radości rzuciła mu się na szyję.

Nie była również ciekawa ani rozwoju, ani następstw partyjnej ideologii. Kiedy usiłował jej wyjaśnić zasady angsocu i takie pojęcia, jak dwójmyślenie, zmienność przeszłości lub negacja obiektywnej rzeczywistości, albo też wtrącał terminy z nowomowy, zaczynała się nudzić, wszystko jej się mieszało i mówiła, że nigdy nie interesowały jej podobne bzdury. Każdy się orientuje, że to zwyczajny bełkot, po co więc zaprzątać sobie tym głowę? Wiedziała, kiedy klaskać, a kiedy gwizdać, i to jej wystarczało.

Jeśli obstawał przy podobnym temacie, w którymś momencie - ku jego niezadowoleniu - po prostu zasypiała. Umiała zasnąć o każdej porze i w dowolnej pozycji. Prowadząc z nią rozmowy uzmysłowił sobie, jak nietrudno jest udawać wierność ideologii, o której nie ma się bladego pojęcia. I rzeczywiście partyjny światopogląd najłatwiej dawał się wpoić ludziom o zbyt ograniczonej inteligencji, aby go mogli pojąć. Bez protestu akceptowali nawet najjaskrawsze wypaczenia rzeczywistości, bo nie rozumieli w pełni potworności tego, czego od nich żądano, a ponadto zbyt mało interesowali się aktualnymi wydarzeniami, aby zdawać sobie sprawę z grozy sytuacji. Niewiedza pozwalała im zachować zdrowe zmysły. Przełykali wszystkie kłamstwa, i to bez najmniejszego dla siebie uszczerbku, bo przelatywały przez nich - nie strawione - niczym kamyki przez układ pokarmowy ptaka.


6

Wreszcie stało się. Kontakt został nawiązany.

Winston miał wrażenie, że całe życie czekał na tę chwilę.
Szedł w ministerstwie długim korytarzem i właśnie zbliżał się do miejsca, w którym Julia wsunęła mu do ręki kartkę, gdy nagle zdał sobie sprawę, że tuż za nim idzie ktoś znacznie od niego roślejszy. Ten ktoś lekko zakasłał, jakby dając znak, że chce się odezwać. Winston zatrzymał się natychmiast i odwrócił. Ujrzał O'Briena.

Nareszcie stali twarzą w twarz, ale kierując się pierwszym odruchem Winston chciał rzucić się do ucieczki. Serce waliło mu jak młotem. Nie umiałby wydusić z siebie słowa. O'Brien tymczasem zrównał się z nim i ujął go przyjaźnie pod łokieć, nieznacznie popychając do przodu. Kiedy już szli obok siebie, przemówił z tą dziwnie surową uprzejmością, która różniła go od innych członków Wewnętrznej Partii.

- Od dawna miałem ochotę z wami porozmawiać, towarzyszu. Czytałem ostatnio jeden z waszych artykułów w "The Times", pisany w nowomowie. Jak rozumiem, interesujecie się nowomową z pobudek naukowych? Winston zdołał się trochę opanować.
- Nie, tylko jako amator - odparł. - To nie moja dziedzina. Nigdy nie miałem nic wspólnego z procesem tworzenia języka.

- Ale posługujecie się nim nad wyraz swobodnie - oświadczył O'Brien. - Nie tylko ja tak uważam. Wasz przyjaciel, z którym rozmawiałem jakiś czas temu, też się ze mną zgadza, a on jest prawdziwym ekspertem. Niestety, jego nazwisko wyleciało mi chwilowo z pamięci.
Serce Winstona znów zabiło mocniej. Nie ulegało wątpliwości, że to aluzja do Syme'a. Lecz przecież Syme nie żył; więcej nawet, nigdy nie istniał, był nieosobą. Jakakolwiek wzmianka o nim stanowiła śmiertelne niebezpieczeństwo. O'Brien musiał więc wspomnieć Syme'a specjalnie: był to znak, jakby zaszyfrowane hasło. Udział w tej drobnej myślozbrodni uczynił z nich wspólników.


Dotychczas szli wolno korytarzem, ale teraz O'Brien przystanął. Swoim charakterystycznym, rozbrajającym i przyjaznym gestem poprawił okulary, po czym kontynuował:
- Chciałem wam zakomunikować, że w waszym artykule dwukrotnie pojawiają się słowa, które wyszły z użycia. Bardzo niedawno, ale jednak. Czy widzieliście dziesiąte wydanie Słownika, nowomowy?
- Nie - odparł Winston. - Nie miałem pojęcia, że już się ukazało. W Departamencie Archiwów wciąż posługujemy się dziewiątym.
- O ile wiem, ukaże się dopiero za parę miesięcy. Ale są już egzemplarze sygnalne. Sam mam jeden. Może chcielibyście obejrzeć?
- Tak, ogromnie - rzekł Winston; natychmiast się domyślił, do czego O'Brien zmierza.
- Niektóre nowe rozwiązania są bardzo pomysłowe. Redukcja liczby czasowników; to powinno wam się spodobać. Niech się zastanowię... Mogę wam przysłać słownik przez gońca. Chociaż nie, z reguły zapominam o podobnych drobiazgach. A może moglibyście po prostu wstąpić do mnie któregoś dnia? Chwileczkę, zapiszę wam adres.

Znajdowali się przed teleekranem. O'Brien z pewnym roztargnieniem sprawdził kieszenie i w końcu wyjął mały notes oprawny w skórę oraz złoty ołówek kopiowy. Stojąc dokładnie pod teleekranem, z notesem w takiej pozycji, aby funkcjonariusz dyżurujący przy odbiorniku mógł wszystko przeczytać, zapisał adres, wyrwał kartkę i wręczył ją Winstonowi.
- Wieczorem zwykle bywam w domu - rzekł. - Gdybyście mnie nie zastali, służący wyda wam słownik.

I odszedł, pozostawiając Winstona ze świstkiem w dłoni. Tym razem Winston nie musiał się kryć z kartką, ale na wszelki wypadek zapamiętał adres, a kilka godzin później wrzucił ją do luki pamięci wraz ze stertą innych papierów.

Stali razem najwyżej trzy minuty. Rozmowa mogła mieć tylko jeden cel. O'Brien zaaranżował ją po to, aby podać Winstonowi swój adres. Posłużył się pretekstem, bo nie sposób było dowiedzieć się, gdzie ktoś mieszka, w inny sposób niż pytając go wprost. Księgi adresowe nie istniały. "Jeśli kiedykolwiek zechcesz się ze mną widzieć, wiesz, gdzie mnie szukać" - mówił mu O'Brien. Może w słowniku znajdzie ukrytą wiadomość. W każdym razie jedno było pewne. Podziemie, o którym marzył, istniało; właśnie dotarł do jego obrzeża.

Wiedział, że prędzej czy później odpowie na wezwanie O'Briena. Może jutro, może dopiero po dłuższej przerwie - jeszcze sobie tego nie przemyślał. Dzisiejsza rozmowa to kolejny etap w procesie, którego początek nastąpił przed laty. Pierwszym krokiem była skryta, mimowolna myśl; drugim - założenie pamiętnika. Od myśli doszedł do słów, teraz od słów przejdzie do czynów. Ostatni akt rozegra się w Ministerstwie Miłości. Już dawno się z tym pogodził. Początek zawiera w sobie koniec. Mimo to zdjął go strach: poczuł przedsmak śmierci, jakby jego życie zawisło na włosku. W trakcie rozmowy na korytarzu, kiedy tylko zrozumiał utajony sens słów O'Briena, lodowaty dreszcz wstrząsnął jego ciałem. Miał wrażenie, że zapada się w wilgotny grób. I choć od dawna wiedział, iż grób ten czeka na niego, zdjął go paniczny strach.


7

Winston zbudził się zapłakany. Julia obróciła się sennie do niego mrucząc niewyraźnie:
- Co się stało?
- Śniło mi się... - zaczął i urwał.

Nie sposób było tego opowiedzieć. Chodziło nie tyle o sam sen, ile o związane z nim wspomnienia, które nawiedziły Winstona kilka sekund po przebudzeniu.
Leżał przez chwilę z zamkniętymi oczami, wciąż pogrążony w atmosferze wspaniałego, świetlistego snu: widział całe swoje życie, rozciągało się przed nim niczym krajobraz w letni wieczór po deszczu. Wszystko działo się wewnątrz szklanego przycisku; zaokrąglona powierzchnia tworzyła sklepienie nieba, a wnętrze przepojone było przejrzystym, łagodnym światłem, w którym każdy przedmiot jawił się wyraźnie bez względu na odległość. Na treść snu składał się również, i silnie z nią wiązał, gest uczyniony niegdyś przez matkę Winstona, a powtórzony trzydzieści lat później, na kronice filmowej, przez Żydówkę, która usiłowała osłonić chłopca przed kulami, zanim bomba zrzucona z helikoptera roztrzaskała łódź w drzazgi.
- Wiesz, że do tej pory wierzyłem, że zamordowałem własną matkę?
- Dlaczego ją zamordowałeś? - spytała Julia, wciąż na pół drzemiąc.
- Nie zamordowałem jej. Nie dosłownie.

We śnie przypomniał sobie, kiedy widział matkę po raz ostatni, a tuż po przebudzeniu odżyły mu w pamięci inne związane z tym wspomnienia. Chodziło o sprawy, które całymi latami naumyślnie wyrzucał ze swojej świadomości. Nie znał żadnej daty, ale mógł mieć wówczas dziesięć, najwyżej dwanaście lat.

Ojciec znikł wcześniej; nie był pewien, o ile wcześniej. Dość dobrze pamiętał nędzę i niepewność tamtych lat; panikę podczas ciągłych nalotów, ukrywanie się w stacjach metra służących za schrony, zwały gruzów wszędzie dokoła, niezrozumiałe manifesty rozlepiane na rogach ulic, bandy wyrostków w koszulach tej samej barwy, ogromne kolejki przed piekarniami, sporadyczny jazgot karabinów maszynowych dochodzący z oddali, a przede wszystkim ciągły brak żywności. Przez całe popołudnia buszował z innymi chłopcami po śmietnikach i wysypiskach, wygrzebując głąby kapusty, obierki, niekiedy nawet zeschłe skórki od chleba, które dokładnie czyścili z popiołu, często też wyczekiwał z kolegami na trasach, którymi jeździły ciężarówki z karmą dla bydła, bo gdy podskakiwały na wybojach, czasami spadało z nich nieco makuchów.

Kiedy znikł ojciec, matka ani nie okazała zdumienia, ani nie szalała z rozpaczy, lecz zmieniła się dosłownie z dnia na dzień. Straciła chęć do życia. Nawet dla Winstona było jasne, że czeka na coś, co musi się wydarzyć. Wypełniała swoje obowiązki - gotowała, prała, cerowała, ścieliła łóżko, zamiatała pokój, odkurzała kominek - zawsze bardzo powoli i dziwnie oszczędnymi ruchami, niczym poruszający się samoistnie manekin. Jej rosłe, kształtne ciało jakby naturalnie ogarniał letarg. Całymi godzinami siedziała na łóżku prawie nieruchomo, trzymając na rękach siostrę Winstona - maleńkie, niedomagające, wyjątkowo ciche dziecko, dwu- albo trzyletnie, o wychudłej małpiej twarzyczce. Czasami, choć dość rzadko, brała też w objęcia Winstona i długo, w milczeniu, tuliła go do siebie. Czuł, mimo młodego wieku i dziecięcego egoizmu, że ma to związek z tym, co - choć nigdy o tym nie mówiła - wkrótce się wydarzy.

Pamiętał ich pokój: ciemny, duszny, z przykrytym białą kapą wielkim łóżkiem, zajmującym niemal połowę powierzchni. W kominku stał palnik gazowy, na ścianie wisiała półka, na której trzymali żywność, a na korytarzu znajdował się brązowy kamionkowy zlew, wspólny dla kilku rodzin. Pamiętał posągowe ciało matki pochylone nad palnikiem, gdy mieszała coś w garnku. Ale przede wszystkim pamiętał swój ustawiczny głód i zawzięte nikczemne boje toczone w porze posiłków. Wiecznie marudził, do znudzenia wypytując matkę, dlaczego mają tak mało jedzenia, krzyczał i awanturował się (pamiętał nawet ton swojego głosu, który czasami grzmiał z dziwną mocą, gdyż właśnie przechodził wtedy przedwczesną mutację) albo zaczynał żałośnie pochlipywać, byleby tylko dostać więcej niż swój przydział.

Matka uważała za naturalne, że to jemu, rosnącemu chłopcu, należy się największa porcja; ale niezależnie od tego, ile mu dawała, zawsze domagał się jeszcze. Przy każdym posiłku błagała go, by nie był samolubny i pamiętał, że jego siostrzyczka jest chora i też musi jeść, ale jej prośby nie zdawały się na nic. Krzyczał z wściekłości, gdy przestawała nakładać mu jedzenie, usiłował wyrwać jej z rąk garnek, wykradał co mógł z talerza siostry. Wiedział, że przez niego obie przymierają głodem, lecz nie tylko nie potrafił się opanować, a wręcz wierzył, iż ma prawo tak postępować. Ciągłe burczenie w brzuchu jakby usprawiedliwiało jego zachowanie. Między posiłkami, jeśli matka go nie pilnowała, ustawicznie plądrował półkę ze szczupłymi zapasami.

Pewnego razu otrzymali przydział czekolady, niedostępnej od wielu tygodni, może nawet miesięcy. Bardzo dokładnie pamiętał ten rzadki rarytas. Była to dwuuncjowa tabliczka (w tamtych czasach jeszcze operowano uncjami) na ich troje. Oczywiście należało ją podzielić na trzy równe części. Nagle, zupełnie jakby to przemawiał ktoś inny, Winston usłyszał samego siebie, domagającego się dudniącym, napastliwym głosem całej tabliczki. Matka upomniała go, żeby nie był taki chciwy. Wybuchła długa, ciągnąca się w nieskończoność awantura z krzykiem, płaczem, wymówkami i targami. Jego maleńka siostrzyczka, wczepiona obiema rękami w matkę, zupełnie jak małpiątko, patrzyła na niego przez ramię wielkimi, smutnymi oczami. W końcu matka odłamała trzy czwarte tabliczki i dała Winstonowi, resztę zaś jego siostrze. Dziewczynka wzięła kawałek do rączki i zaczęła go oglądać, zapewne nie wiedząc, co to jest. Winston przez moment obserwował siostrę, po czym skoczył do niej, jednym ruchem wyrwał jej czekoladę i rzucił się do drzwi.
- Winston, Winston! - zawołała za nim matka. - Wróć natychmiast! Oddaj siostrze czekoladę!
Zatrzymał się, ale nie cofnął. Matka wpatrywała się w niego z napięciem. Mało brakowało, aby wydarzyło się coś strasznego, choć nawet teraz, gdy o tym myślał, nie wiedział co. Siostrzyczka, zrozumiawszy, że czegoś ją pozbawiono, zaczęła żałośnie kwilić. Matka objęła ją mocno i przytuliła do piersi. Winston wyczytał jakoś z jej gestu, że dziecko jest umierające. Odwrócił się i zbiegł po schodach, z palcami zaciśniętymi na lepkiej, brunatnej masie.

Nigdy więcej nie zobaczył matki. Kiedy połknął czekoladę, zrobiło mu się wstyd; przez kilka godzin krążył ulicami, dopóki głód nie zmusił go do powrotu. Wróciwszy do domu nie zastał nikogo. W owym czasie nagłe zniknięcia stawały się już powszednie. Oprócz matki i siostry nic więcej nie ubyło. Zostały wszystkie ubrania, w tym nawet palto matki. Winston nadal nie wiedział, czy jego matkę rozstrzelano. Równie dobrze mogła trafić do obozu pracy. Siostrę zaś albo umieszczono - podobnie jak jego - w jednej z założonych po wojnie domowej kolonii dla bezdomnych dzieci (nazywano je ośrodkami wychowawczymi), albo razem z matką wysłano do obozu pracy lub po prostu porzucono gdzieś, żeby umarła.

Wciąż widział tę scenę wyraźnie przed oczami, zwłaszcza ów opiekuńczy gest, którym matka przytuliła małą, a w którym jakby zawierało się całe przesłanie snu. Przypomniał sobie inny sen, sen sprzed dwóch miesięcy. Matka siedziała wówczas w identycznej pozie jak wtedy na łóżku przykrytym wyświechtaną białą kapą, tuląc do siebie dziecko, lecz była hen w dole, w tonącym statku, który wciąż opadał coraz niżej, i cały czas wpatrywała się w Winstona przez mroczniejącą wodę.

Opowiedział Julii o zniknięciu matki. Nie otwierając oczu, przekręciła się w jego stronę i ułożyła wygodniej.
- Na pewno byłeś wtedy niezgorszym bydlakiem -wymamrotała. - Wszystkie dzieci to małe bydlaki.
- Tak. Ale najważniejsze w tej całej historii jest to, że...

Poznał jednak po jej oddechu, że znów zapadła w sen. Chętnie opowiedziałby coś jeszcze o matce. Z tego, co pamiętał, nie była kobietą niezwykłą ani tym bardziej specjalnie inteligentną, lecz cechowały ją uczciwość i szlachetność; zawsze kierowała się własnymi zasadami. Jej uczuć nic nie mogło zmienić. Matce nigdy nie przyszłoby do głowy, że każde bezskuteczne działanie jest zbędne. Uważała, że jeśli się kogoś kocha, to się go kocha, a gdy nie ma już nic, co można by mu zaofiarować, wciąż daje się miłość. Kiedy zabrakło czekolady, przytuliła dziecko. To nic nie pomogło, niczego nie zmieniło, nie pojawiło się więcej czekolady ani też nie oddaliła się śmierć jej i dziecka; po prostu był to dla niej naturalny odruch. Kobieta na łodzi uchodźców w podobny sposób otoczyła chłopca ramionami, choć przecież nie lepiej chroniło go to od kuł niż kartka papieru.

Najstraszniejszą krzywdą, jaką ludziom wyrządziła Partia, było wmówienie im - przy równoczesnym pozbawieniu ich jakiegokolwiek wpływu na bieg wypadków - że odruchy i uczucia nic nie znaczą. Kiedy już znalazłeś się w mocy Partii, wówczas to, co czułeś lub czego nie czułeś, co robiłeś lub czego nie robiłeś, nie odgrywało żadnej roli. Znikałeś - i nikt więcej o tobie nie słyszał. Usuwano cię ze strumienia historii. Jednakże ludziom sprzed zaledwie dwóch pokoleń nie wydałoby się to takie istotne, ponieważ sami historii nie usiłowali zmienić. W życiu kierowali się wyłącznie osobistym poczuciem lojalności, nigdy nie podając go w wątpliwość. Największą wagę przykładali do stosunków międzyludzkich, a drobny i niczego nie zmieniający gest, coś takiego jak uścisk, łza lub słowo skierowane do umierającego, miały ogromną wartość. Przyszło mu nagle do głowy, że prole nadal zachowują się w ten sposób. Nie cechuje ich lojalność wobec Partii, kraju czy idei, jedynie wobec samych siebie. Po raz pierwszy w życiu pomyślał o prolach bez pogardy i przestał widzieć w nich jedynie bierną masę, która pewnego dnia zbudzi się i naprawi świat. Prole pozostali ludźmi. Serca im nie skamieniały. Nie dali się obedrzeć z prymitywnych uczuć, których on sam musiał się dopiero uczyć od nowa. Rozmyślając o tym przypomniał sobie, pozornie bez związku, jak kilka tygodni temu kopnął do rynsztoka leżącą na chodniku ludzką rękę, zupełnie jakby to był głąb kapusty.

- Prole są ludźmi - powiedział głośno. - A my nie.
- Dlaczego? - spytała Julia znów podnosząc głowę. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę.
- Czy pomyślałaś kiedyś - rzekł w końcu - że najrozsądniej byłoby po prostu stąd wyjść, póki nie jest za późno, i nigdy więcej się nie widzieć?
- Tak, najdroższy, nieraz. Ale i tak tego nie zrobię.
- Dotąd mieliśmy szczęście, wkrótce jednak może się nam powinąć noga. Jesteś młoda. Wyglądasz zdrowo i niewinnie. Jeśli będziesz trzymać się z dala od takich jak ja, może zdołasz dożyć późnej starości.
- Nie. Wszystko sobie dokładnie przemyślałam. Postąpię tak samo jak ty. Nie martw się. Umiem dbać o własną skórę.
- Nie wiadomo, ile nam zostało czasu. Może pół roku, może rok. W końcu nas rozdzielą. Czy zdajesz sobie sprawę, jak straszliwie będziemy wówczas osamotnieni? Kiedy nas złapią, żadne z nas nie zdoła uczynić nic, żeby pomóc drugiemu. Jeśli się przyznam, zastrzelą cię, jeśli nie przyznam, też cię zastrzelą. Bez względu na to, jak się zachowam, nic nie odwlecze twojej śmierci choćby o pięć minut. Nigdy się nie dowiemy, czy drugie jeszcze żyje, czy już zginęło. Będziemy pozbawieni jakiejkolwiek możliwości działania. Ale choć wiem, że to nic nie zmieni, ważne jest dla mnie jedno: abyśmy się nawzajem nie zdradzili.
- Jeśli masz na myśli przyznanie się do wszystkiego, oboje zrobimy to bardzo szybko. Każdy się przyznaje. Tego się nie da uniknąć. Stosują przecież tortury.
- Nie o to mi chodzi. Przyznanie się to jeszcze nie zdrada. Słowa i czyny nic nie znaczą; liczą się uczucia. Jeśli zmuszą mnie do tego, żebym przestał cię kochać, wówczas będzie to prawdziwa zdrada.

Zadumała się na chwilę.
- Nie, tego nie zdołają osiągnąć - powiedziała wreszcie. - Akurat to jedno jest niemożliwe. Mogą cię zmusić, żebyś mówił, co chcą, absolutnie wszystko, ale nie uda im się sprawić, abyś uwierzył we własne kłamstwa. Przecież nie mają dostępu do twojego mózgu.
- Tak - rzekł z pewną nadzieją w głosie. - Masz rację. Do mózgu nie potrafią się dostać. Dopóki pragniesz być człowiekiem, nawet jeśli to nic nie daje, wygrywasz z nimi.

Pomyślał o wiecznie czuwających teleekranach. Mogą cię szpiegować dwadzieścia cztery godziny na dobę, a i tak, jeśli jesteś dość cwany, zdołasz je przechytrzyć. Mimo całej swojej pomysłowości, Partia wciąż jeszcze nie wpadła na to, jak sprawdzić, co kto myśli. Może wszystko wyglądało inaczej, gdy już mieli kogoś w swoich rękach. Nikt nie wiedział, co naprawdę dzieje się w lochach Ministerstwa Miłości, ale nietrudno było zgadnąć: tortury, zastrzyki, czułe urządzenia rejestrujące każdy odruch, stopniowe łamanie oporu poprzez bezsenność, izolację i ciągłe przesłuchania. Faktów nie sposób ukryć. Mogą je ujawnić podczas dochodzenia, wycisnąć za pomocą tortur. Ale jeśli ktoś przyjmuje za cel nie przetrwanie, lecz zachowanie człowieczeństwa, jakie są tego następstwa? Nie mogą zmienić siłą czyichś uczuć; zresztą nawet sam człowiek nie może ich zmienić, choćby nie wiadomo jak pragnął. Tak, potrafią wydobyć każdy szczegół tego, co robił lub mówił; ale serce, którego działanie nawet dla niego stanowi tajemnicę, pozostaje niezwyciężone.


8

Wreszcie! Wreszcie zdobyli się na ten krok!
Podłużny pokój oświetlała jedynie przyćmiona lampa. Ściszony teleekran ledwie mruczał; stąpając po puszystym, granatowym dywanie mieli uczucie, że jest z aksamitu. Na drugim końcu pokoju, przy zawalonym papierami biurku, na którym stała lampa z zielonym abażurem, siedział O'Brien. Nawet nie podniósł głowy, gdy służący wprowadził Julię i Winstona.

Winstonowi serce kołatało tak mocno, że lękał się, iż nie wydusi z siebie ani słowa. Wreszcie, wreszcie zdobyli się na ten krok! - tylko ta jedna myśl tłukła mu się po głowie. Już przychodząc tu postąpili nierozważnie, a fakt, że zjawili się razem, zakrawał na czyste szaleństwo, chociaż każde z nich dotarło tutaj inną drogą i spotkali się dopiero przed drzwiami O'Briena. Nawet wejście do budynku wymagało zimnej krwi. Zwyczajni ludzie bardzo rzadko bywali w domach członków Wewnętrznej Partii czy choćby odwiedzali zamieszkane przez nich dzielnice.

Cała atmosfera ogromnego wieżowca, jego bogactwo i przestronność, obce zapachy smacznych potraw i dobrego tytoniu, szybkie, bezszelestne windy, przemykający pospiesznie służący odziani w białe kurtki - to wszystko onieśmielało. I choć Winston miał dobry pretekst, aby tu przyjść, prześladowała go myśl, że zaraz wyłoni się zza najbliższego rogu strażnik w czarnym mundurze, zażąda od niego dokumentów i każe mu się wynosić. Służący O'Briena, ubrany w białą kurtkę, wpuścił ich jednak bez słowa. Mały, czarnowłosy, o wydatnych kościach policzkowych i żółtawej, całkiem kamiennej twarzy, wyglądał na Chińczyka. Korytarz, którym ich poprowadził, wyłożony był miękkim dywanem, ściany pokrywała kremowa tapeta, wzdłuż podłogi biegła biała listwa; wszystko aż lśniło czystością. To również onieśmielało. Winston nie przypominał sobie, aby widział korytarz, którego ściany nie lepiłyby się od dotyku niezliczonych ciał.

O'Brien trzymał w palcach jakąś kartkę i studiował ją w skupieniu. Jego grubo ciosana twarz - pochylona, tak że widać było krogulczą linię nosa - sprawiała zarazem groźne i inteligentne wrażenie.

Chyba przez dwadzieścia sekund siedział zupełnie bez ruchu. Następnie przysunął do siebie mowopis i podyktował wiadomość w osobliwym żargonie, którym posługiwano się w ministerstwach:
- Punkty jeden przecinek pięć przecinek siedem zatwierdzam całościowo stop punkt sześć propozycja dwa-plus absurdalna omal myślozbrodnia skreślić stop anty-kontynuować prace budowlane do pouzysku pluspełnego kosztorysu stop koniec noty.

Wstał niespiesznie i stąpając bezgłośnie po miękkim dywanie, ruszył w ich stronę. Kiedy skończył dyktować, urzędowa atmosfera nieco zelżała, lecz O'Brien wciąż miał minę bardziej surową niż zazwyczaj, jakby był niezadowolony, że przeszkadzają mu w pracy. Oprócz przerażenia Winston poczuł także zwykłe zażenowanie. Mógł się przecież po prostu głupio omylić. Czy miał jakikolwiek dowód, że O'Brien faktycznie spiskuje przeciwko Partii? Opierał się tylko na wymianie spojrzeń i jednym dwuznacznym zdaniu; reszta to zaledwie domysły zapoczątkowane snem. Nie mógł nawet w razie czego posłużyć się pretekstem, że wstąpił pożyczyć słownik, bo jak wytłumaczyłby obecność Julii?

Mijając teleekran, O'Brien nagle jakby sobie coś przypomniał. Zatrzymał się, obrócił do ściany i przekręcił sterczącą z niej gałkę. Rozległ się głośny trzask. Teleekran zamilkł.
Julia aż pisnęła ze zdumienia.
Mimo strachu Winston też był zbyt zaskoczony, aby pohamować okrzyk:
- Możecie wyłączyć teleekran!
- Owszem, mogę - potwierdził O'Brien. - Członkowie Wewnętrznej Partii mają ten przywilej.

Stali teraz dokładnie naprzeciw siebie. Potężna sylwetka O'Briena górowała nad Winstonem i Julią, a jego twarz wciąż była nieprzenikniona i sroga. Wpatrywał się surowo w Winstona, czekając aż ten się odezwie, ale czego oczekiwał? Nie dawało się wykluczyć, że O'Brien to po prostu bardzo zajęty człowiek, zirytowany, że przerwano mu pracę. Winston milczał. Po wyłączeniu teleekranu w pokoju zapanowała złowieszcza cisza. Każda sekunda trwała wieki.

Winston z najwyższym trudem wytrzymywał spojrzenie członka Wewnętrznej Partii. Ale wtem w srogiej twarzy coś drgnęło i pojawił się na niej cień uśmiechu. O'Brien charakterystycznym gestem poprawił okulary.
- Będziecie mówić sami czy mam mówić za was?
- Ja powiem - odparł bez wahania Winston. - Teleekran naprawdę jest wyłączony?
- Tak, wszystko jest wyłączone. Nikt nas nie słyszy.
- Przyszliśmy, ponieważ...

Zawahał się, po raz pierwszy zdając sobie sprawę z tego, jak niesprecyzowane są jego motywy. Nie wiedział, czego właściwie oczekuje od O'Briena, dlatego trudno mu było wyjaśnić, po co przyszedł. Brnął jednak dalej, świadom, że jego słowa mogą zabrzmieć szablonowo i pretensjonalnie.

- Wierzymy, że istnieje jakieś podziemie, jakaś tajna organizacja dążąca do obalenia Partii i że wy jesteście z nią związani. Chcemy się przyłączyć i pomagać. Jesteśmy wrogami Partii. Nie wierzymy w angsoc. Jesteśmy myślozbrodniarzami. I cudzołożnikami. Mówię o tym, bo pragniemy zdać się na waszą łaskę. Jeśli zażądacie, abyśmy popełnili jakąś zbrodnię, żeby obciążyć się jeszcze bardziej, jesteśmy gotowi.

Umilkł i spojrzał za siebie, bo wydało mu się, że otwarto drzwi. I rzeczywiście, drobny służący o żółtawej twarzy wślizgnął się do środka bez pukania. Niósł tacę, na której stała karafka i kieliszki.
- Martin jest jednym z nas - oznajmił O'Brien. – Ustaw wszystko na okrągłym stole, Martin. Czy mamy dość krzeseł? A więc możemy usiąść wygodnie i spokojnie porozmawiać. Sobie też przysuń krzesło, Martin. To poważna sprawa. Na dziesięć minut możesz przestać być służącym.
Mały człowieczek wykonał polecenie i usiadł bez skrępowania, jednakże po jego zachowaniu wciąż można było poznać, że to służący, którego pan zaszczycił zaproszeniem do stołu. Winston przypatrywał mu się kątem oka. Człowiek ten zapewne przez całe życie grał pewną rolę i zdjęcie maski, choćby na moment, uważał za niebezpieczne.

O'Brien ujął karafkę za szyjkę i napełnił kieliszki ciemnoczerwonym płynem. Zbudziło to w umyśle Winstona mgliste wspomnienie czegoś, co dawno temu widział na murze lub słupie - ogromną neonową butlę, która migotała i gasła, sprawiając wrażenie, że jej zawartość wlewa się do pucharu. Kiedy patrzył z góry na swój kieliszek, płyn wydawał się niemal czarny, lecz w karafce połyskiwał rubinowym blaskiem. Zapach miał kwaśnosłodki. Winston zobaczył, że Julia podnosi kieliszek i wącha go z nie ukrywaną ciekawością.

- To wino - wyjaśnił z lekkim uśmiechem O'Brien. - Na pewno znane jest wam z książek. Niestety, nie trafia do Zewnętrznej Partii.
Znów spoważniał i podniósł kieliszek do góry.
- Sądzę, że powinniśmy zacząć od toastu. Za naszego przywódcę, za Emmanuela Goldsteina!
Winston skwapliwie chwycił kieliszek. Wiele razy czytał i marzył o winie. Podobnie jak szklany przycisk oraz cytowane przez pana Charringtona urywki zapomnianych rymowanek, należało do minionych, romantycznych czasów, które w najskrytszych myślach nazywał epoką szczęścia. Nie wiedzieć czemu, zawsze mu się wydawało, że wino ma wyjątkowo słodki smak, tak jak dżem jagodowy, i natychmiast działa odurzająco. Już przy pierwszym łyku przykro się rozczarował. Po latach picia dżinu prawie wcale nie czuł smaku. Odstawił opróżniony kieliszek.

- Więc Goldstein naprawdę istnieje? - zapytał.
- Tak, istnieje i dobrze się miewa. Ale gdzie przebywa, tego nie wiem.
- A podziemie, organizacja? Też istnieje? Nie jest po prostu wymysłem Policji Myśli?
- Nie, istnieje naprawdę. Nazywa się Braterstwem. Nigdy nie dowiecie się o Braterstwie nic ponad to, że istnieje i że do niego należycie. Zaraz do tego wrócę.

- Spojrzał na zegarek. - Nawet dla członków Wewnętrznej Partii nie jest rzeczą rozsądną wyłączać teleekran na dłużej niż pół godziny. Nie powinniście byli przychodzić tu razem i będziecie musieli wyjść oddzielnie. Wy, towarzyszko - skinął głową Julii - wyjdziecie pierwsza. Zostało nam dwadzieścia minut. Rozumiecie, mam nadzieję, że muszę was najpierw wypytać o pewne sprawy. Mówiąc najogólniej, co jesteście gotowi uczynić?
- Co tylko w naszej mocy - odparł Winston.
O'Brien obrócił się nieco na krześle, tak że siedział teraz twarzą do Winstona. Prawie zupełnie ignorował Julię, jak gdyby uważał za rzecz oczywistą, że Winston mówi w imieniu obojga. Na moment zmrużył oczy. Zaczął zadawać pytania cichym, bezbarwnym głosem, jakby to była wielokrotnie powtarzana procedura, litania pytań i odpowiedzi, których większość zna się z góry.
- Czy jesteście gotowi poświęcić życie?
- Tak.
- Czy jesteście gotowi mordować?
- Tak.
- Prowadzić akcje sabotażowe, w następstwie których setki niewinnych ludzi mogą ponieść śmierć?
- Tak.
- Zdradzić ojczyznę, współpracując z obcymi mocarstwami?
- Tak.
- Czy jesteście gotowi oszukiwać, dokonywać fałszerstw, szantażować, zatruwać umysły nieletnich, rozprowadzać narkotyki, zachęcać do prostytucji, szerzyć choroby weneryczne, słowem robić wszystko, co może przyczynić się do osłabienia i demoralizacji Partii?
- Tak.
- Jeśli dla dobra naszej sprawy zajdzie na przykład konieczność oblania twarzy dziecka kwasem siarkowym, czy jesteście gotowi to uczynić?
- Tak.
- Czy jesteście gotowi zmienić swoją tożsamość i do końca życia pracować jako kelner czy doker?
- Tak.
- Czy jesteście gotowi popełnić samobójstwo, jeśli i kiedy wam polecimy?
- Tak.
- Czy jesteście gotowi rozstać się i nigdy więcej się nie widzieć?
- Nie! - zawołała Julia.
Winstonowi zdawało się, że czas płynie, a on wciąż się zastanawia. Przez moment miał nawet wrażenie, że odjęło mu mowę. Jego usta otwierały się i zamykały bezgłośnie, przymierzając się do odpowiedzi: aż do chwili, kiedy się odezwał, nie wiedział, jaka będzie jego decyzja.
- Nie - stwierdził wreszcie.
- Dobrze, żeście mi powiedzieli - oznajmił O'Brien. - Ważne jest, byśmy wiedzieli wszystko.

Zwrócił się do Julii i z nieco większym ożywieniem rzekł:
- Czy rozumiecie, że nawet jeśli wasz przyjaciel nie zginie, będzie zupełnie innym człowiekiem? Otrzyma nową tożsamość. Wszystko ulegnie zmianie. Jego twarz, ruchy, kształt dłoni, barwa włosów, nawet głos! Wy także staniecie się inną osobą. Nasi chirurdzy potrafią zmienić każdego nie do poznania. Czasami bywa to konieczne. Niekiedy trzeba nawet amputować którąś z kończyn.

Winston nie mógł się powstrzymać od spojrzenia ukradkiem na mongolską twarz Martina. Nie dostrzegł żadnych blizn. Julia zbladła trochę i piegi wystąpiły jej wyraźniej na policzkach, lecz odważnie patrzyła na O'Briena. Mruknęła coś cicho, wyrażając zgodę.
- W porządku. Więc to załatwione - oświadczył O'Brien.
Na stole stało srebrne pudełko z papierosami. O'Brien w zamyśleniu przesunął je w ich stronę, sam też się poczęstował, po czym wstał i zaczął spacerować po pokoju, jakby w ten sposób mógł się lepiej skupić. Papierosy były doskonałe, grube, mocno nabite, z niespotykanie jedwabistą bibułką. O'Brien znów zerknął na zegarek.
- Wracaj lepiej do służbówki, Martin - rzekł. - Za kwadrans włączę teleekran. Tylko najpierw przyjrzyj się dobrze tym towarzyszom, żebyś zapamiętał ich twarze. Pewnie się z nimi jeszcze zobaczysz. Ja może już nie.

Dokładnie tak samo jak wówczas, gdy otworzył im drzwi, oczy służącego przesunęły się wolno po Julii i Winstonie. W jego wzroku nie było nic przyjaznego. Martin zapamiętywał ich wygląd, ale oni sami zupełnie go nie obchodzili, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Winstonowi przemknęło przez myśl, że może sztuczna twarz nigdy nie zmienia wyrazu. Bez słowa, nawet bez skinienia głową, służący wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi. O'Brien wciąż przechadzał się po pokoju, z jedną dłonią w kieszeni czarnego kombinezonu, a w drugiej trzymając papierosa.

- Musicie zdać sobie sprawę - rzekł - iż zawsze będziecie działać na ślepo. Nigdy o niczym nie będziecie informowani. Będziecie otrzymywać i wypełniać rozkazy, nigdy nie znając ich przyczyn. Później przyślę wam książkę, z której dowiecie się prawdy o ustroju, w którym żyjemy, a także poznacie strategię, dzięki której zamierzamy go zniszczyć. Kiedy przeczytacie książkę, staniecie się rzeczywistymi członkami Braterstwa. Ale oprócz samego celu, o który walczymy, oraz swoich aktualnych zadań nic nie będziecie znali. Wyjawiłem wam, że Braterstwo istnieje, lecz nie mogę wam zdradzić, czy liczy stu członków, czy dziesięć milionów. Sami nie poznacie nawet dziesięciu osób. Wyznaczymy wam łączników, którzy co pewien czas będą się zmieniali; pewnie trzech, czterech. Ponieważ pierwszy kontakt nawiązaliście ze mną, niech tak pozostanie. Jeśli otrzymacie jakieś rozkazy, wyjdą ode mnie, a Martin wam je przekaże. Kiedy was w końcu złapią, przyznacie się do wszystkiego. Tego nie da się uniknąć. Jednakże poza własnymi czynami o niczym nie będziecie umieli nic powiedzieć. Wsypiecie zaledwie garstkę mało znaczących osób. Mnie prawdopodobnie nie zaszkodzicie. Zresztą możliwe, że do tego czasu zginę albo będę inną osobą, z inną twarzą.

Mówiąc cały czas przechadzał się po puszystym dywanie. Mimo znacznej tuszy poruszał się z gracją. Cechowała każdy jego gest, nawet gdy wsuwał rękę do kieszeni lub podnosił do ust papierosa. Emanowała z niego siła, lecz przede wszystkim pewność siebie oraz wyrozumiałość, lekko zabarwiona ironią. Chociaż mówił o poważnych sprawach, nie miał w sobie nic z zacietrzewienia fanatyka. Nawet kiedy wspominał o morderstwach, samobójstwach, chorobach wenerycznych, amputacjach kończyn i operacjach twarzy, w jego głosie pobrzmiewała kpiarska, poufała nuta.

"To jest nieuchronne - zdawał się mówić. - Tak musimy postępować i nie wolno nam się wzdragać. Ale zobaczycie: będzie zupełnie inaczej, kiedy życie znów nabierze sensu".
Fala podziwu, niemal uwielbienia, zalała Winstona. Chwilowo zapomniał o tajemniczym Goldsteinie. Patrząc na szerokie bary i mięsistą twarz O'Briena, tak brzydką, a zarazem tak kulturalną, trudno było uwierzyć, iż człowiek ten może zostać pokonany. Nie istniały fortele, których by nie przejrzał, nie było niebezpieczeństw, których by nie przewidział. Na Julii także zrobił duże wrażenie. Słuchała w napięciu, nawet nie dostrzegając, że zgasł jej papieros.

A O'Brien perorował dalej:
- Na pewno słyszeliście pogłoski o Braterstwie. I prawdopodobnie wyrobiliście sobie o nim własne zdanie. Wyobrażacie sobie, że istnieje wielki, podziemny świat spiskowców, którzy spotykają się potajemnie w piwnicach, kontaktują przez wypisywanie na murach zaszyfrowanych wiadomości, a rozpoznają po umówionych hasłach lub gestach. Tymczasem to wszystko nieprawda. Członkowie Braterstwa nie mają żadnych znaków rozpoznawczych i nikt nie zna tożsamości więcej niż kilku osób. Nawet sam Goldstein, gdyby wpadł w ręce Policji Myśli, nie umiałby im zdradzić ani nazwisk wszystkich członków, ani też podać żadnych informacji mogących ułatwić odnalezienie pełnego wykazu. Taki wykaz bowiem w ogóle nie istnieje. Braterstwa nie można zniszczyć, ponieważ nie jest organizacją w zwyczajnym znaczeniu tego słowa. Członków nie łączy nic oprócz wspólnej idei, która jest niezniszczalna. Wy także tylko z niej będziecie mogli czerpać otuchę. Nie poznacie swoich towarzyszy, nie usłyszycie słowa zachęty.

A kiedy was złapią, nie spodziewajcie się pomocy. Nigdy nie pomagamy naszym członkom. Możemy najwyżej dostarczyć do celi żyletki, ale wyłącznie wówczas, gdy trzeba koniecznie zamknąć komuś usta. Musicie przywyknąć do życia bez widocznych wyników i bez nadziei. Przez pewien czas będziecie walczyć, potem was złapią i po wyduszeniu zeznań zabiją. Będzie to jedyny widoczny skutek waszej działalności. Nie ma cienia szansy, aby za naszego życia nastąpiła dostrzegalna poprawa. Wszyscy jesteśmy martwi. Prawdziwe życie czeka nas dopiero w przyszłości. Ale będziemy w nim uczestniczyć wyłącznie jako garść prochów i odłamków kości. Nikt nie wie, jaka odległa to przyszłość. Może aż o tysiąc lat. W tej chwili jedyne, co możemy zrobić, to kroczek po kroczku zbliżać ludzi do opamiętania. Nie możemy działać wspólnie. Możemy tylko rozpowszechniać naszą wiedzę ustami pojedynczych osób, przekazywać z pokolenia na pokolenie. W obliczu ciągłego zagrożenia ze strony Policji Myśli nie ma innej drogi. Umilkł i po raz trzeci spojrzał na zegarek.

- Już prawie pora na was, towarzyszko - rzekł do Julii. - Ale momencik. Karafka wciąż jest do połowy pełna. Napełnił kieliszki i uniósł swój do góry.
- Jaki toast wzniesiemy tym razem? - spytał z tą samą nutą ironii. - Za zgubę Policji Myśli? Na pohybel Wielkiemu Bratu? Za ludzkość? Za przyszłość?
- Za przeszłość - powiedział Winston.
- Słusznie, przeszłość jest najważniejsza - przyznał z powagą O'Brien.
Opróżnili kieliszki i chwilę później Julia wstała, zbierając się do wyjścia. O'Brien wziął z szafki niewielkie pudełko, wyjął z niego płaską białą pastylkę i wręczył Julii, radząc, żeby ją possała, bo trzeba uważać, aby przypadkiem nie pachnieć winem; windziarze są bardzo spostrzegawczy. Ledwie drzwi zatrzasnęły się za Julią, natychmiast o niej zapomniał. Przeszedł jeszcze kilka kroków po pokoju i zatrzymał się.

- Musimy omówić kilka szczegółów - oświadczył. - Domyślam się, że macie jakąś kryjówkę?
Winston powiedział mu o pokoju nad sklepem pana Charringtona.
- Na razie musi wystarczyć. Potem znajdziemy dla was coś innego. Trzeba często zmieniać lokal. Niedługo przyślę wam Księgę - Winston zauważył, że nawet O'Brien wymawiał to słowo tak, jakby było pisane wielką literą - Księgę Goldsteina, ma się rozumieć. Postaram się z tym nie zwlekać, choć może chwilę potrwa, zanim zdobędę egzemplarz. Nie muszę wam tłumaczyć, jak niewiele ich istnieje. Policja Myśli wyszukuje je i niszczy niemal równie szybko, jak my drukujemy. Ale to i tak nic nie zmienia. Księga jest niezniszczalna. Nawet gdyby przechwycili ostatni egzemplarz, moglibyśmy ją prawie słowo w słowo odtworzyć z pamięci. Czy chodzicie do pracy z teczką?
- Zwykle tak.
- Jak wygląda?
- Czarna, bardzo zniszczona. Zapinana na dwa paski.
- Czarna, dwa paski, bardzo zniszczona; w porządku.

Pewnego dnia, w najbliższej przyszłości, choć trudno mi przewidzieć dokładnie datę, otrzymacie w pracy błędnie sporządzoną notatkę; będziecie musieli prosić o powtórzenie polecenia. Nazajutrz idźcie do pracy bez teczki. W ciągu dnia ktoś do was podejdzie na ulicy, dotknie waszego ramienia i powie: "Chyba upuściliście teczkę". W teczce, którą wam wręczy, znajdziecie Księgę Goldsteina. Zwrócicie ją w ciągu dwóch tygodni.
Przez chwilę obaj milczeli.
- Pozostało nam już tylko kilka minut - powiedział O'Brien. - Spotkamy się znowu... Jeśli w ogóle się spotkamy...
Winston spojrzał na niego.
- Tam, gdzie nie ma mroku - rzekł niepewnie. O'Brien skinął głową bez zdziwienia.
- Tam, gdzie nie ma mroku - powtórzył, jakby rozumiał, o co chodzi. - Czy chcielibyście coś powiedzieć przed wyjściem? Coś mi zakomunikować? Może o coś spytać?

Winston zamyślił się. Nie przychodziło mu do głowy żadne pytanie, a nie miał ochoty wypowiadać napuszonych ogólników. Powinien skorzystać z okazji, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o O'Brienie lub Braterstwie, lecz myśli wypełnił mu ciąg nakładających się na siebie obrazów mrocznej sypialni, w której jego matka spędziła ostatnie dni, pokoiku nad sklepem pana Charringtona, szklanego przycisku i ryciny w palisandrowej ramie.

Nagle spytał:
- Czy znacie może taki stary wierszyk rozpoczynający się od słów "Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa"?
O'Brien ponownie skinął głową i uprzejmie, z powagą, wyrecytował:
Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa, Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina, Zaraz złapią złodzieja, ryczą dzwony Baileya, Inni liczą, ty też licz, radzą dzwony Shoreditch.
- Znacie ostatni wers!
- Tak, znam. Ale teraz, niestety, musicie już iść. Moment; na wszelki wypadek wam też dam pastylkę.

Kiedy Winston wstał, O'Brien wyciągnął do niego rękę. Mocny uścisk niemal miażdżył dłoń. W drzwiach Winston obejrzał się, ale O'Brien nie zwracał już na niego uwagi. Czekał z dłonią na gałce teleekranu. Winston jeszcze raz popatrzył na biurko, na lampę z zielonym abażurem, na mowopis i druciane pojemniki pełne papierów. O'Brien załatwił, co miał do załatwienia, a teraz wracał do innych spraw. Zanim minie trzydzieści sekund, pomyślał Winston, znów zasiądzie do przerwanych na krótko ważnych zadań w służbie Partii.


9

Winston czuł się galaretowaty z wyczerpania. "Galaretowaty" to najwłaściwsze określenie. Samo przyszło mu do głowy. Jego ciało bowiem nie tylko trzęsło się przy każdym ruchu jak galareta, lecz było równie przezroczyste. Miał wrażenie, że gdyby podniósł do góry rękę, ujrzałby przez nią światło. Szaleńcza, nieustająca praca wyżęła z niego limfę i krew, pozostawiając jedynie osłabły ludzki wiór - samą skórę, nerwy i kości. Każde doznanie odbierał ze zwielokrotnioną siłą. Kombinezon drapał go w ramiona, chodnik uwierał w stopy, nawet zgięcie palców odczuwał jako potworny wysiłek, od którego trzeszczą stawy.

W ciągu pięciu dni Winston przepracował ponad dziewięćdziesiąt godzin. Inni zatrudnieni w ministerstwie również. Teraz mordęga się skończyła i nie miał absolutnie nic do roboty, żadnych partyjnych obowiązków, aż do jutra rana. Mógł spędzić sześć godzin w kryjówce nad sklepem pana Charringtona, a następne dziewięć we własnym łóżku. Szedł powoli, w łagodnym popołudniowym słońcu, nędzną uliczką w stronę sklepu, rozglądając się, czy nie widać patroli, ale jednocześnie żywiąc jakieś niczym nie uzasadnione przekonanie, że akurat dziś nie spotka go nic złego.

Ciężka teczka przy każdym kroku obijała mu się o kolano, sprawiając, że mrowie przechodziło go po nodze. W środku znajdowała się Księga, którą już od sześciu dni miał w swoim posiadaniu, lecz dotąd nie znalazł czasu, by ją poczytać lub choćby na nią spojrzeć.

Szóstego dnia Tygodnia Nienawiści, po pochodach, przemówieniach, krzykach, śpiewach, transparentach, filmach, pokazach figur woskowych, dudnieniu bębnów i ryku trąb, tupocie maszerujących nóg, turkocie czołgów, wyciu przelatujących samolotów; grzmocie armat - po sześciu dniach tych atrakcji, kiedy zbiorowy orgazm sięgał szczytu, a powszechna nienawiść do Eurazji przerodziła się w tak zaciekłą furię, że gdyby tłum dostał w swoje ręce owe dwa tysiące eurazjatyckich zbrodniarzy wojennych, których miano powiesić publicznie ostatniego dnia obchodów, to niechybnie rozszarpałby ich na strzępy - dokładnie wówczas ogłoszono naraz, że Oceania wcale nie prowadzi wojny z Eurazją. Nieprzyjacielem Oceanii jest Wschódazja. Eurazja to sprzymierzeniec.

Nie przyznano się, oczywiście, że nastąpiła jakakolwiek zmiana sojuszy. Po prostu nagle, wszędzie równocześnie, ogłoszono, że to Wschódazja, a nie Eurazja jest wrogiem. Winston akurat uczestniczył w wiecu na jednym z głównych placów Londynu. Był późny wieczór - czerwone flagi i twarze zebranych oświetlał jaskrawy blask reflektorów. Na placu tłoczyło się kilka tysięcy ludzi, w tym tysiąc uczniów w mundurkach Kapusiów. Z trybuny obitej czerwonym suknem przemawiał do tłumu mówca z Wewnętrznej Partii, mały, chudy mężczyzna o nieproporcjonalnie długich rękach i ogromnej głowie, zupełnie łysej, jeśli nie liczyć paru rzadkich, przylizanych kosmyków. Karzeł ten, o twarzy wykrzywionej nienawiścią, w jednej kościstej dłoni dzierżył mikrofon, a drugą - zaciśniętą w ogromną pięść - wymachiwał groźnie w powietrzu.

Jego głos, któremu megafony nadawały metaliczne brzmienie, grzmiał wyliczając po kolei wszystkie zbrodnie nieprzyjaciela: masakry, wysiedlenia, grabieże, gwałty, torturowanie jeńców, bombardowanie ludności cywilnej, napaści, kłamliwą propagandę, łamanie układów. Przekonywał każdego, każdemu udzielała się jego furia. Co kilka chwil tak narastała wściekłość tłumu, że barbarzyński, niepohamowany ryk tysięcy gardzieli zagłuszał słowa mówcy. Najdziksze wrzaski wydawali uczniowie.

Przemówienie trwało już ze dwadzieścia minut, gdy nagle na trybunę wbiegł posłaniec i wręczył mówcy kartkę. Ten rozwinął ją i przeczytał, nie przerywając potoku słów. Nie zmieniło się ani jego zachowanie, ani ton głosu, ani też treść tego, co mówił, lecz nagle zaczął wymieniać nazwę innego mocarstwa. Nie padło ani jedno słowo wyjaśnienia, ale tłum i tak w mig pojął wszystko. Oceania prowadzi wojnę ze Wschódazja! W następnej chwili podniósł się rwetes.

Wszystkie transparenty i plakaty, którymi udekorowano plac, były nieodpowiednie! Połowa z nich przedstawiała niewłaściwe osoby. Sabotaż! Robota agentów Goldsteina! Powstał zamęt; ze ścian zrywano plakaty, a transparenty darto na strzępy i deptano. Kapusie dokonywali cudów zręczności wdrapując się na dachy i ściągając łopoczące na kominach flagi. Nie minęły dwie, trzy minuty, a było już po wszystkim. Mówca, wciąż dzierżąc w jednej dłoni mikrofon, a drugą wymachując w powietrzu, wychylał się z trybuny i grzmiał jak uprzednio. Jeszcze minuta i tłum znów zaczął wznosić dzikie okrzyki. Nienawiść trwała nadal; zmienił się jedynie jej obiekt.
Na Winstonie - gdy się później nad tym zastanawiał - największe wrażenie zrobiło to, że mówca przestawił się dosłownie w połowie zdania, nie tylko nie przerywając wywodu, lecz nawet nie zmieniając składni. W trakcie wiecu Winston prawie tego nie zauważył, albowiem miał na głowie ważniejsze sprawy.

Kiedy wynikło całe zamieszanie i tłum zdzierał plakaty, jakiś człowiek, którego twarzy nawet dobrze nie widział, dotknął jego ramienia i rzekł:
- Przepraszam, towarzyszu, chyba upuściliście teczkę.

Winston wziął ją odruchowo, nie odzywając się słowem. Wiedział, że minie wiele dni, zanim będzie mógł do niej zajrzeć. Zaraz po skończeniu wiecu wrócił do Ministerstwa Prawdy, choć dochodziła już dwudziesta trzecia. Podobnie zrobił cały personel. Komunikaty nakazujące im stawienie się w pracy, nadawane przez teleekrany, były właściwie zbyteczne.

Oceania prowadziła wojnę ze Wschódazją; Oceania zawsze prowadziła wojnę ze Wschódazją. Znaczna część literatury politycznej z ostatnich pięciu lat nagle całkiem się zdezaktualizowała. Najróżniejsze sprawozdania, akta, gazety, książki, broszury, filmy, nagrania, fotografie - wszystko to należało zmienić w błyskawicznym tempie. Chociaż nie wydano żadnych rozporządzeń, wszyscy doskonale wiedzieli, iż dyrektorzy poszczególnych departamentów życzą sobie, aby do końca tygodnia nie ostała się nigdzie ani jedna wzmianka o wojnie z Eurazją lub sojuszu ze Wschódazją. Ogrom pracy przytłaczał, a dodatkowo utrudniało ją to, że nie można było mówić wprost o przyczynie wprowadzenia zmian. Każdy urzędnik Departamentu Archiwów harował osiemnaście godzin na dobę, robiąc dwie trzygodzinne przerwy na sen. Z piwnic wyciągnięto materace i rozłożono na korytarzach. Nie wydawano regularnych posiłków; pracownicy stołówki jeździli z wózkami po piętrach, rozwożąc kanapki i Kawę Zwycięstwa.

Za każdym razem Winston starał się wypełnić wszystkie polecenia, zanim wychodził z przegrody, by uciąć sobie drzemkę, ale gdy wracał, zaspany i obolały, okazywało się, że nowa lawina rulonów spadła tymczasem na biurko, zasypując je dokładnie, a nawet zsuwając się na posadzkę; tylko mikrofon mowopisu sterczał spod bieli na biurku niczym spod warstwy śniegu. Winston musiał zaczynać od ułożenia rulonów w równy stos, żeby zrobić sobie miejsce do pracy. Najgorsze, że zadania, które otrzymywał, nie polegały bynajmniej na czysto mechanicznym wprowadzaniu poprawek. Często oczywiście wystarczyło zmienić nazwę jednego mocarstwa na nazwę drugiego, lecz przy opracowywaniu bardziej szczegółowych artykułów niezbędne były skupienie i inwencja.
Samo przeniesienie wojny z jednej części świata do innej wymagało doskonałej znajomości geografii.

Już trzeciego dnia okropnie rozbolały go oczy; co chwila musiał przecierać szkła. Czuł się tak, jakby zlecono mu ciężką pracę fizyczną, której wykonania miał prawo odmówić, a zarazem, obsesyjnie pragnął sprostać zadaniu. Kiedy w rzadkich wolnych chwilach zastanawiał się nad tym, co robi, zupełnie nie przeszkadzała mu świadomość, że każde dyktowane przez niego słowo i każdy ruch kopiowego ołówka to rozmyślne kłamstwo. Podobnie jak wszystkim w departamencie, zależało mu, aby jego fałszerstwa były doskonałe. Rankiem szóstego dnia potok rulonów zmalał. Przez całe pół godziny nic nie wypadło z rury; potem wyleciał jeden zwitek, a po nim już nic. Mniej więcej o tej porze wszędzie ustawała praca. Cały departament wydał jedno głębokie westchnienie ulgi. Choć musiało to na zawsze pozostać tajemnicą, dokonano wielkiego dzieła. Nie istniał już ani jeden dokument świadczący o tym, iż wojna z Eurazją kiedykolwiek się toczyła. O dwunastej zero zero niespodziewanie ogłoszono, że wszyscy pracownicy ministerstwa są wolni do jutra rana. Z Księgą w teczce, którą trzymał między kolanami podczas pracy i pod sobą w czasie snu, Winston wrócił do domu, gdzie ogolił się i wykąpał, o mało nie zasypiając w wannie, choć woda była zaledwie letnia.

Stawy trzeszczały mu przy każdym kroku, gdy z niemal lubieżną rozkoszą wspinał się po schodach do pokoju nad sklepem pana Charringtona. Był zmęczony, ale opuściła go senność. Otworzył okno, rozpalił brudny prymus i postawił na nim garnek wody, żeby zaparzyć kawę. Wiedział, że Julia wkrótce się zjawi; ale na razie miał Księgę. Usiadł w zniszczonym fotelu i rozpiął teczkę.

Wydobył z niej ciężki tom w czarnej, amatorsko wykonanej oprawie, bez tytułu i nazwiska autora na okładce. Druk także nie był najlepszej jakości. Książka otwierała się łatwo, a brzegi miała wytarte; dowód, że przeszła przez wiele rąk. Na stronie tytułowej widniał napis:

Oznacz znajomych, którym może się przydać

strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 -  - 8 -  - 9 -  - 10 -  - 11 -  - 12 -  - 13 -  - 14 -  - 15 -  - 16 -  - 17 -  - 18 -  - 19 -  - 20 -  - 21 -  - 22 -  - 23 -  - 24 -  - 25 -  - 26 -  - 27 -  - 28 -  - 29 -  - 30 -  - 31 -  - 32 -  - 33 -  - 34 -  - 35 -  - 36 -  - 37 -  - 38 -  - 39 -  - 40 -  - 41 -  - 42 -  - 43 -  - 44 -  - 45 -  - 46 -  - 47 -  - 48 -  - 49 -  - 50 -  - 51 -  - 52 -  - 53 -  - 54 -  - 55 -  - 56 -  - 57 -  - 58 -  - 59 -  - 60 -  - 61 -  - 62 -  - 63 -  - 64 -  - 65 -  - 66 -  - 67 -  - 68 -  - 69 -  - 70 -  - 71 -  - 72 -  - 73 -  - 74 -  - 75 -  - 76 -  - 77 -  - 78 -  - 79 -  - 80 -  - 81 -  - 82 -  - 83 -  - 84 -  - 85 -  - 86 -  - 87 -  - 88 -  - 89 -  - 90 -  - 91 -  - 92 -  - 93 -  - 94 -  - 95 -  - 96 -  - 97 -  - 98 -  - 99 - 


  Dowiedz się więcej
1  Główni bohaterowie - jednostki wobec systemu totalitarnego
2  Nowomowa
3  Rok 1984 - cytaty



Komentarze
artykuł / utwór: Rok 1984 - Część pierwsza







    Tagi: